|
 Ostateczna granica. A raczej brak jakiejkolwiek granicy,.
Wszelkie ograniczenia rozmywają się w bezkresie błękitu. Choć raczej nie
błękitu, a granatu, przechodzącego przez kolejne stadia mroku w czerń.
Przestrzeń, która otacza, jest bezkresna. Jedynym oparciem dla wzroku są drobne
cząstki zawiesiny. Nie sposób ocenić ich wielkości ani odległości, w której się
znajdują. Czy unoszą się przed oczyma, czy lata świetlne dalej. Ssę próżnię.
Tutaj, 50 metrów pod powierzchnią panuje śmiertelny spokój. Mogę rozkoszować się
najpełniejszą wizualizacją tego określenia. Brak jakiegokolwiek ruchu, życia.
Uczucie zimna jest stłumione, zajmuje jakiś odległy, nieważny fragment umysłu.
Chłód dodatkowo tłumi wszelkie inne bodźce dotykowe, w wyniku czego nie czuję
swego ciała. Brak sygnałów mówiących mi, jakie jest moje położenie w
przestrzeni. Umysł, otumaniony tlenem i azotem ledwie pracuje. Brak
jakichkolwiek skonkretyzowanych myśli. Słyszę bicie serca i regularny, rytmiczny
szum wydychanego powietrza. Powoli wtapiam się w przestrzeń, jestem nią
wypełniony; tłumione są uczucia, emocje, zatracam poczucie własnej
integralności, rozpuszczam się w pustce. Gdzieś w mojej głowie, odizolowany od
reszty mnie, tyka zegar, odmierzając czas, który mi pozostał. Na razie wiszę w
nieważkości, nie myśląc, nie czując. I w końcu zegar się uaktywnia, zaczyna
wypełniać pustkę zmuszając mnie do reakcji. Impulsy opornie wędrują w tę okolicę
przestrzeni, w której powinna być moja ręka. Unoszę ją bez czucia, ogniskuję
oczy na wskazaniach elektronicznego gadżetu. On jest bezwzględny i pokazuje, że
już czas. Poruszam moimi nie-nogami, wiedząc gdzie powinny być, ale nie czując
ich. Powoli płetwy pchają mnie do przodu i wzwyż. Za chwilę przestanę nimi
ruszać, gdy powietrze w moim skrzydle rozpręży się wystarczająco aby wynieść
mnie do góry. Uświadamiam sobie ciężar zwisający mi na piersiach – to butla z
mieszanką oddechową. Klik, kolejny fragment umysłu wskakuje na swoje miejsce.
Muszę zmienić gaz na 36 metrach. Tymczasem dno oddala się, rozmywając się w
błękicie. Unoszę się powoli do góry, na komputerze zmieniają się kolejne cyfry.
Wiszę teraz w kuli błękitu, poza częściami mojego ciała nie ma żadnych punktów
odniesienia. Koncentruję się na cyfrach, dopóki zmieniają się w odpowiednim
porządku zmierzam w dobrym kierunku. Zaczyna robić się cieplej i dopiero
teraz zdaję sobie sprawę, jak bardzo zimno było na dole. Gdy cyfry ustawiają się
w odpowiednim porządku wyjmuję z ust automat i zmieniam go na inny. Do płuc
wpada mieszanka do dużej zawartości tlenu, po paru oddechach organizm reaguje na
to poczuciem świeżości. Dostaję nowy zastrzyk energii. 30 metrów, tu zatrzymuję
się na chwilę, trzeba dać ciału czas na pozbycie się nadmiaru azotu. Wiszę w
kuli błękitu, u dołu mrocznej i ciemnej, u góry rozświetlonej i jasnej.
Umysł opornie budzi się do życia. Do tej pory większość czynności wykonywała
jakaś niewielka, odizolowana część, zainteresowana przeżyciem. Reszcie było to
obojętne. Licznik tyka i znów czas do góry. Przede mną jeszcze kilka postojów,
na każdym z nich będzie więcej światła i cieplej. Zaczynają wracać kolory.
Czarne dotychczas części wyposażenia przechodzą w fiolet, purpurę i w końcu
czerwień, będącą ich naturalnym kolorem. Dookoła pojawia się coraz więcej życia,
ławice rybiego drobiazgu wypełniają wodę wokół mnie. W końcu widzę dno łodzi i
delikatnie falującą powierzchnię, będącą granicą miedzy światami. Jestem na
trzech metrach i posiedzę tu jeszcze dłuższą chwilę. I w końcu przebijam granicę
przechodząc do innego świata. Zostaje nostalgia i spokój wypełniający duszę, ale
czuję też wielka radość z powrotu do miejsca, które jest mi przeznaczone. Jestem
dzieckiem słońca i głębia może mnie gościć tylko na krótką chwilę. (autor:
Mikołaj Wróbel)

|