|
 Zanurzam się w półmrok. Taka kraina ze snu, gdzie żaden
kształt nie jest zdefiniowany, żadna rzecz nie jest określona. Plamy szarości w
szarości. Gdzieś pode mną jest dno, gdzieś nade mną jest powierzchnia. Obadam w
dół przechodząc z szarości w mrok. Z mojej ręki tryska snop światła. I oto
rzeczy odzyskują swe kształty. Wyłania się kamieniste, schodzące tarasami w głąb
dno. I ryby. Mnóstwo ryb zawieszonych nieruchomo w przestrzeni. Zakłócam ich
nocny spoczynek. Światło mojej latarki uwalnia z mroku kolejne kształty. Korale,
skałki, gąbki. Szczególnie te ostatnie po oświetleniu ukazują całe piękno,
pusząc się ostrymi, intensywnymi barwami. Szkarłat, żółć, pomarańcz, wydobyte z
mroku na kilka sekund. Wszędzie mnóstwo życia. Kraby dźwigają na grzbietach
domki najróżniejszych kształtów i barw, podążając naprzód w sobie tylko znanym
celu. Wężowidła obejmują się wzajemnie wąskimi mackami. Ośmiornica, którą
właśnie wyłowiłem z ciemności na znak protestu przeciw zakłóceniu prywatności
przybiera się w ostrą, czarno nakrapianą czerwień. Najwyraźniej przerwałem jej
kolację, spomiędzy macek widzę fragmenty jakiegoś pechowego skorupiaka.
Schodzę głębiej i nagle, zwabione światłem latarki pojawia się ławica
kalmarów. Przypominają duchy, półprzezroczyste, mieniące się purpurą i granatem,
o zwiewnych płetwach. Stado frajerów. W moim przypadku mają szczęście, nie
zrobię im krzywdy. Ale każdy z rybaków wabi je tak samo, świecąc nad siecią.
Pewnie spotkam je jeszcze w jednej z okolicznych restauracji. Patrzę na
komputer i ze zdziwieniem stwierdzam, że kończy się mój czas w tym miejscu.
Najwyraźniej ciemność i ciśnienie jakoś zniekształcają czasoprzestrzeń. Czas się
wynurzyć. (autor: Mikołaj Wróbel)

|